Są takie momenty w pracy wydawcy, których nie da się przewidzieć. Otwierasz plik, jak dziesiątki innych wcześniej, czytasz pierwsze strony, potem kolejne i nagle orientujesz się, że minęła północ, a ty nadal siedzisz w fotelu, choć przecież od dawna miałaś już iść spać.

Tak właśnie było ze mną i ze „Ścigając wiatr” Margoty Kott.

Dzisiaj, kiedy przygotowujemy nowe wydanie tej książki, wracam myślami do tamtego pierwszego „spotkania”. Pamiętam wzruszenie, które towarzyszyło mi podczas lektury. Pamiętam również to osobliwe uczucie, kiedy po przeczytaniu ostatniej strony nie ma się ochoty od razu sięgać po następną książkę, bo w środku wciąż trwa historia, która właśnie się skończyła.

Zofia słyszy głosy tych, którzy odeszli. Brzmi niezwykle. Może nawet trochę niepokojąco. A jednak Margota Kott opowiada o tym z taką czułością i spokojem, że bardzo szybko przestaje się myśleć o niezwykłym darze bohaterki. Zaczyna się natomiast myśleć o ludziach. O tych, za którymi tęsknimy. O rozmowach, których już nigdy nie odbędziemy i o słowach, które czasem tak bardzo chcielibyśmy jeszcze usłyszeć.

W pewnym momencie zorientowałam się, że czytam tę książkę zupełnie inaczej niż większość powieści. Nie śledziłam wyłącznie fabuły. Co kilka rozdziałów zatrzymywałam się i wracałam do własnych wspomnień. Do osób, których już nie ma. Do pytań, które pewnie na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Myślę, że właśnie w tym tkwi siła tej historii, w emocjach, które budzi.

Każdy z nas kogoś stracił. Każdy nosi w sobie jakąś tęsknotę. Każdy choć raz zastanawiał się, czy miłość naprawdę może zniknąć tylko dlatego, że kończy się czyjeś życie.

Nie wiem, jakie odpowiedzi znajdziecie dla siebie w tej książce. Wiem natomiast, że bardzo długo o niej myślałam po zakończeniu lektury. I płakałam nad własnymi pożegnaniami, które nie przebiegły tak, jak powinny lub w ogóle ich nie było…

Dlatego tak bardzo cieszę się z nowego wydania. Nowa okładka jest piękna. Delikatna. Pełna światła i nostalgii. Dokładnie taka, jaka powinna być książka opowiadająca o więziach silniejszych niż czas i odległość.

Jeżeli jeszcze nie znacie „Ścigając wiatr”, mam szczerą nadzieję, że dacie się zaprosić do tej opowieści. A jeśli czytaliście ją już wcześniej, być może właśnie teraz jest dobry moment, żeby spotkać się z nią ponownie.